Czesto dosyc pisze krytyczne rzeczy o USA wiec mysle pora na cos pozytywnego (Juli, tak ja tez umiem cos pozytywnego powiedziec :-))W Polsce, przynajmiej w Polsce do okolo roku 1995 profesor na uczelni byl Bogiem! Nie tylko iz nie bylo zadnych "syllabus" (z tego powodu nie wiem jak to sie nazywa po Polsku, jesli w ogole istnieje) ale pomimo iz student mial same 5tki przez semester, czy w ogole ogolnie mowiac byl wzorowym czy dobrym uczniem pan Bog Profesor mog robic co mu sie podobalo podczas koncowego zalicznia.
Kiedy rozmawiam z mama przez telefon, ona wciaz mysli w ten sposob o moich studiach (zaocznych) w USA. Kiedy ja musze przysiadywac juz na poczatku i w srodku semestry, ona mowi "ale przeciez do zaliznia masz jeszcze duzo czasu". Ten sposob myslenia zaklada iz najwazniejsze zalicznie a cala reszta tak naprawde i tak sie nie liczy.
W USA profesor jest zobowiazany (przez uczelnie) do na pismie dania uczniom wyraznych regol semesteru, co kiedy i jak i najwazniejsze jak beda oceniani, na podstawie czego. Zwie sie ten swistek papieru tutaj "syllabus"
W klasie Ekonomia Publiczna (PA 652) bylismy na poczatku semestru poinformowani o wielu rzeczach odnosnie tej klasy ale najwazniejsze bylo iz beda 4 egzaminy i 3 najlepsze oceny ucznia beda sie (tylko) liczyc. Innymi slowy, jesli po 3 pierwszych egzaminach uczen jest usatysfakcjonowany ocena, nie musi on/ona nawet isc na koncowy egzamin.
Takze, w przeciwienstwie do (dawnej przynajmiej) Polski, jest tutaj w USA respect odnosnie prywatnosci studenta/studentki. W tej klasie mielismy dany numer i tylko studen wiedzial jaki to numer. W ten sposob student nie musi sie nigdy "wstydzic" swej oceny lub czuc zle z powodu tej oceny.
Pamietam raz w Szkole Muzycznej pan Bog nauczyciel oddal wszystkim ucznia wyprawcoanie a zostawil tylko jedno na biurku. Pozniej przez 5 minut zaczal swoje kazanie jak glupie to wyprawcoanie i jaki cymbal i debil musial je napisac. Pozniej wyszedl z klasy bo byl koniec lekcji. Wiekszosc wiedziela iz tym cybmalem bylem ja bo kazdy mniej wiecej widzial kto ma juz wyprawcoanie w rekach. Tego typu rzeczy zdarzaja (zdarzaly?) sie raczej czesto.
Pan jasniepan profesor czy jasnie pani profesor oblala dla widzimi sie polowe klasy na koncowym egzaminie kazac za soba pozniej chodzic przez pare dni kiedy blagajacy uczniowie w koncu doprosili sie poprawki cierpliwie czekajac na pania Bogine spozniajaca sie na ta poprawke pare godzin, i pozniej jeszcze raz ulewajacac przynajmiej z polowe tych ktorzy na nia tak cierpliwie czekali. A co, dlaczego nie? Niech wiedza gdzie ich miejsce.
Wiec bog czy nie bog, cos niech poblogoslawi USA, przynajmiej za jej sposob traktowania uczniow na uczelniach.
Moj numer jest 27. Ja juz zaliczylem te klase (C w szkole "graduate" jest bardzo zle widzianie i mozna miec tylko 2 C na cala szkole) (musze jeszcze tylko isc do klasy dwa razy, taki ostatni warunek) Moge probowac na A na ostatnim egzaminie.
Polscy studenci? Czy zazdroscicie USA systemu? Ja bym zazdroscil.
Taki typu kontrakt pomiedzy nauczycielem a studentem jest wszedzie, we wszystkich klasach. Za zwyczaj trzeba isc na koncowy egzamin i wiele razy jest on troche wazniejszy nizli inne dotychczasowe (np 40% oceny koncowej) Ten tutaj przyklad jest nie zwyczajny. Jaczkolwiek co waznym tutaj jest fakt iz wszystko jest sprecyzowane na poczatku semestru. Jest to kontrakt ktory ani profesor ani uczen nie moze zmienic ot tak dla widzi mi sie.

Przyklad Sylabus



0 comments:
Post a Comment